Branża finansowa – tu nie ma pieniędzy!

Branża finansowa – tu nie ma pieniędzy!


17 listopada 2016

W 2012 r. znany inwestor Jim Rogers wypowiedział prorocze słowa:

„Nie szukajcie pracy w branży finansowej. Ona jest skończona! Przez następne dziesięć a nawet piętnaście lat będzie strasznym miejscem do pracy. Tu nie ma pieniędzy!”

Od kryzysu finansowego w 2008 roku sytuacja w branży finansowej systematycznie się pogarsza. Banki zamykają oddziały, zwalniają pracowników, przenoszą obsługę klienta do bankowości internetowej.

Powszechnym zjawiskiem jest konsolidacja sektora bankowego, sprzedaż aktywów przez zagraniczne spółki matki, redukcja stanowisk średniego i wysokiego szczebla w bankowości inwestycyjnej.

Biura maklerskie jeszcze boleśniej odczuły kryzys i delewarowanie branży finansowej. Niepewność co do przyszłości, przedłużająca się bessa i brak zaufania do inwestowania na giełdzie, przełożyły się na likwidację mniejszych biur maklerskich lub włączenie ich do struktur bankowych i degradację z podmiotów wspierających rozwój rynku kapitałowego w Polsce do instytucji dystrybuujących fundusze inwestycyjne (i to często tylko swojego TFI).

Duże domy maklerskie przetrwały i konsolidują rynek. Niektóre średniej wielkości instytucje, ze względu na marginalizację obrotów,  świadomie zrezygnowały z działalności maklerskiej.

Obroty na polskiej giełdzie od dawna utrzymują się na niskim poziomie. Ma na to wpływ kilka czynników:

  • Marginalizacja OFE,
  • Mały udział zagranicy,
  • Mały udział inwestorów indywidualnych,
  • Odpływ środków z funduszy akcyjnych do depozytów i funduszy bezpiecznych

Aktualnie na depozytach bankowych Polacy utrzymują kwotę 690 mld zł, a wartość akcji w stosunku do gotówki
i depozytów bankowych wynosi zaledwie 5%. W szczycie hossy z 2007 r. ta wartość wynosiła 22%.

Ponadto więcej podmiotów wychodzi z giełdy (poprzez publiczne wezwanie) niż na nią wchodzi. Tak trudne czasy były w latach 2002-2003, kiedy mieliśmy na rynku szczyt pesymizmu, po wcześniejszej bessie i wykańczającym marazmie. Na giełdzie zostali już „najtwardsi inwestorzy”, ci którzy będą na niej inwestować niezależnie od koniunktury. Przypomina to okres globalnej kapitulacji z wcześniejszych lat.

Taki stan rzeczy jest bardzo dobrym podłożem do narodzenia się hossy. Stare giełdowe powiedzenie mówi, że hossa rodzi się w bólach. Niewiara i niechęć do rynku jest na ekstremalnie wysokich poziomach. Nie mówię, że nie może być gorzej. Zawsze może być gorzej, ale potencjał do ruchu w górę w takich okolicznościach jest większy niż do spadków. Szczególnie, że na depozytach bankowych jest cała masa nieoprocentowanych pieniędzy!

Wracając do głównego wątku delewarowania branży finansowej, trzeba wspomnieć jeszcze o firmach forexowych, których dekoniunktura nie ominęła. Od niedawna firmy forexowe muszą zapewnić kapitał własny na odpowiednio wysokim poziomie. Jeśli nie będą w stanie tego zrobić zostaną zmuszone do likwidacji działalności forexowej.
W takiej sytuacji jest obecnie HFT Brokers.

Odnośnie banków, wciąż nierozwiązaną kwestią jest sytuacja Deutsche Banku,  który ma tak dużą liczbę toksycznych derywatów, a dodatkowo obciążony jest miliardowymi karami za sprzedaż obligacji zabezpieczonych hipotekami w USA (przed kryzysem subprime w 2008r.) i nie informowaniu klientów o ryzyku w należyty sposób, iż nie jest sobie w stanie sam poradzić.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy oficjalnie pisze, że Deutsche Bank stanowi jedno z najwyższych ryzyk systemowych dla sektora finansowego.

Kto zatem pomoże bankowi „zbyt dużemu by upaść”? Będzie musiał to zrobić niemiecki rząd albo Europejski Bank Centralny. Póki co, żaden z nich oficjalnie nie wyciąga pomocnej ręki, każąc radzić sobie samemu.
Rząd Angeli Merkel zadeklarował, że nie będzie przeznaczał publicznych pieniędzy na udzielenie pomocy prywatnym instytucjom finansowym.
Dlaczego zatem nie pomoże EBC? Gdyby to uczynił, to w kolejce po pomoc ustawiłaby się cała masa włoskich banków, w których odsetek złych kredytów wynosi średnio 18%, a w niektórych nawet 35%. Włochy borykają się nie tylko z problemami bankowymi, ale brakiem wzrostu gospodarczego i kiepskimi prognozami na przyszłość.
Włoska gospodarka to druga po greckiej, najgorzej radząca sobie gospodarka w Europie.

Nieco lepiej niż w Deutsche banku wygląda sytuacja we włoskim Unicredit, który od pewnego czasu sukcesywnie sprzedaje swoje aktywa (również w Polsce) aby poprawić współczynnik wypłacalności. Jest to zalecenie po kiepskich wynikach lipcowych stress testów przeprowadzonych dla europejskich banków.

Strony: 1 2

Anna Muszynska

No Comment

Comments are closed here.